Jesień nigdy nie była przez mnie lubiana. Co roku odwzajemnia z nienawistną nawiązką wszelką niechęć do jej osoby, podsyłając mi najchłodniejsze wiatry pod płaszcz, ciskając w moje policzki kroplami deszczu na kształt owoców boleści czy pielęgnując przymrozkami wirusy w kruchym ciele, skutkujące nieustępliwym kaszlem.
Trudno mi odnaleźć w jesieni siebie. Skacząc między kałużami spoglądam w odbicie w błotnistej wodzie, nie poznając tych ust zazwyczaj ściśniętych w wąską kreskę, tak różną od łagodnego łuku malinowych warg, które muskało pieszczotliwie słońce. Dłonie chowam głęboko w kieszeniach, głowę spuszczam nisko, wpatrując się w czubki ciężkich, zimowych buciorów. Początkiem jesieni łapałam w dłonie ostatnie promyki zawieszonego nisko słońca, a co trzeci krok schylałam się, by wrzucić do kieszeni kolejne kasztany, te lekkie kulki, aksamitną skórką kojące dłonie...
Coraz więcej na pozór prostych spraw ciąży mi nieubłaganie, a sytuacji wcale nie poprawia świadomość, że to ja sama jestem ich początkiem i końcem.
Autodestrukcja sezonowa - status: rozpoczęta.
