środa, 22 października 2014

Jesień. Nieprzyjemna wilgoć wdziera się pod skórę uparcie, swoją mokrą istotą wiążąc destrukcyjne myśli rozprowadza je po kruchym organizmie. Kolejne poranki mijają tak samo; gorący prysznic, mający rozgrzać zziębnięte, drżące w zapomnieniu całą noc, skulone pod kołdrą ciało, kilka łyków kawy podczas rozpaczliwie wyrywanych ponurej rzeczywistości minut-przerw w porannej krzątaninie, uzbrojenie się w najcieplejszy, wzorzysty sweter i pośpieszny bieg na tramwaj, naprędce owijając szalik wokół szyi.
Jesień nigdy nie była przez mnie lubiana. Co roku odwzajemnia z nienawistną nawiązką wszelką niechęć do jej osoby, podsyłając mi najchłodniejsze wiatry pod płaszcz, ciskając w moje policzki kroplami deszczu na kształt owoców boleści czy pielęgnując przymrozkami wirusy w kruchym ciele, skutkujące nieustępliwym kaszlem.

Trudno mi odnaleźć w jesieni siebie. Skacząc między kałużami spoglądam w odbicie w błotnistej wodzie, nie poznając tych ust zazwyczaj ściśniętych w wąską kreskę, tak różną od łagodnego łuku malinowych warg, które muskało pieszczotliwie słońce. Dłonie chowam głęboko w kieszeniach, głowę spuszczam nisko, wpatrując się w czubki ciężkich, zimowych buciorów. Początkiem jesieni łapałam w dłonie ostatnie promyki zawieszonego nisko słońca, a co trzeci krok schylałam się, by wrzucić do kieszeni kolejne kasztany, te lekkie kulki, aksamitną skórką kojące dłonie...

Coraz więcej na pozór prostych spraw ciąży mi nieubłaganie, a sytuacji wcale nie poprawia świadomość, że to ja sama jestem ich początkiem i końcem.
Autodestrukcja sezonowa - status: rozpoczęta.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz