Jesień znów rozlicza mnie
bezlitośnie – zarówno z tego, co zrobiłam jak i z tego, czego nie, choć
powinnam. Narastają we mnie lęki, zdrowy rozsądek przysłoniły burzowe chmury,
bezsilność ciasno oplotła nadgarstki. Słowa zastygają w gardle, możliwości
więzione są w głowie. Nie powinno się kochać tak mocno. Nie powinno się
poświęcać tak bardzo. Nie powinno się pielęgnować w sobie tych nielicznych
pięknych chwil, ze złudną nadzieją, że kiedyś znowu będzie dobrze. Nie przez
tyle tygodni. Nie miesiącami.
Pogubiłam się. Nie mogę rozplątać kołtuna myśli i mylnych
przekonań. Tym, co dotychczas cieszyło mnie najmocniej, była ta upragniona
pewność, że tego właśnie chcę. Że to Jego ciała półprzytomnie pragnę poszukiwać
w łóżku nad ranem, by móc na powrót spokojnie zapaść w sen, i to w Jego skórę
wtapiać się w zimne wieczory. Teraz przeliczam wszystkie rany i ciosy, które
zadawał mi ukradkiem, nieświadomie, przyparty do ściany ogromem moich
oczekiwań. Nieproporcjonalnych.
Grzech pierwszy: próba tchnięcia życia w złamanego człowieka. Grzech przeciw
sobie.
Grzech drugi: oczekiwanie, że kiedyś będzie zdolny robić dla
Nas tyle, ile ja. Grzech przeciw Niemu.
Grzech trzeci: trwanie przy nadziei i podsycanie jej pięknymi obrazami – okruszkami chwil minionych
lub tych, które zdołałam sobie o Nas wyśnić. Grzech przeciwko Nam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz