poniedziałek, 19 października 2015

Rachunek sumienia

Jesień znów rozlicza mnie bezlitośnie – zarówno z tego, co zrobiłam jak i z tego, czego nie, choć powinnam. Narastają we mnie lęki, zdrowy rozsądek przysłoniły burzowe chmury, bezsilność ciasno oplotła nadgarstki. Słowa zastygają w gardle, możliwości więzione są w głowie. Nie powinno się kochać tak mocno. Nie powinno się poświęcać tak bardzo. Nie powinno się pielęgnować w sobie tych nielicznych pięknych chwil, ze złudną nadzieją, że kiedyś znowu będzie dobrze. Nie przez tyle tygodni. Nie miesiącami. 


Pogubiłam się. Nie mogę rozplątać kołtuna myśli i mylnych przekonań. Tym, co dotychczas cieszyło mnie najmocniej, była ta upragniona pewność, że tego właśnie chcę. Że to Jego ciała półprzytomnie pragnę poszukiwać w łóżku nad ranem, by móc na powrót spokojnie zapaść w sen, i to w Jego skórę wtapiać się w zimne wieczory. Teraz przeliczam wszystkie rany i ciosy, które zadawał mi ukradkiem, nieświadomie, przyparty do ściany ogromem moich oczekiwań. Nieproporcjonalnych. 

Grzech pierwszy: próba tchnięcia życia w złamanego człowieka. Grzech przeciw sobie.


Grzech drugi: oczekiwanie, że kiedyś będzie zdolny robić dla Nas tyle, ile ja. Grzech przeciw Niemu.


Grzech trzeci: trwanie przy nadziei i podsycanie jej  pięknymi obrazami – okruszkami chwil minionych lub tych, które zdołałam sobie o Nas wyśnić. Grzech przeciwko Nam. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz