Drżę cicho samotnymi wieczorami, gdy Jego dłonie znikają z zasięgu moich rąk. Drżę, gdy choćby przez chwilę nie rozgrzewa mnie ciepłym spojrzeniem, będąc tuż obok. Drżeniem odpowiadam na każdą zatrutą zazdrością, autodestrukcyjną myśl, wkradającą się chyłkiem do tej mojej głupiej blond główki.
Nie spodziewałam się, że sama sobie zgotuję tyle problemów, że drzemie we mnie tyle barier, które tak ciężko skruszyć. Wbijam w siebie szpony głęboko, szukając korzeni tych nieustępliwych, kruczych nawoływań w mojej głowie; na zewnątrz mówię jedynie łagodnie: "zamrucz mi kołysankę" i wsłuchuję się w tą cichą, rytmiczną obietnicę, z zamkniętymi oczyma i półotwartymi ustami - pożeram ją leciutko, echem odbijam wgłąb siebie, tak, żeby wzmocniona czułymi objęciami i masą ciepłych treści zagłuszyła te wszystkie kotłujące się niepokoje.
Nie wiem, ile trwać może jeszcze ten stan, kiedy każdorazowe, zasłyszane z najcudowniej wykrojonych na świecie warg, słowo na "k" będzie wywoływać we mnie drżenie, a uniesienie kącików ust do góry będzie wciąż znacznym wysiłkiem. Boję się. Boję się o nas. Trzymam się kurczowo burty, balansując rozważnie po pokładzie, a przecież najmilsze byłoby zatracenie.