Rzucamy w siebie żyletkami. Może jestem magnesem na ostre słowa, wszelkie szramy wypełniam opiłkami żelaza, tak mylnie wdzięcznymi i puszystymi. Nie wiem, kiedy zaczęła się ta masochistyczna gra, to kilkudniowa historia rzutująca cień na wszystkie moje myśli. Tańczymy walczyka, na pozór lekko, roześmiani, jak to mieliśmy w zwyczaju; jednak w sercach coś szumi, jakieś błędy czuć w eterze. Szukamy swoich rąk po omacku, desperacko, lecz daleko nam do uchwycenia wzajemnie swoich myśli. Ostatniej nocy nie spaliśmy ciasno spleceni, jak to mieliśmy w zwyczaju, Twoje wargi nie dotknęły mojego karku nad ranem. Wiesz, że robiłeś to na długo przed tym, nim pierwszy raz naprawdę mnie pocałowałeś? Już wtedy polowałam na te nieliczne chwile, gdy zapominałeś się nad ranem, na wpół pogrążony w śnie i traktowałeś mnie przez parę sekund jak swoją prywatną królewnę; przez kilka chwila, udając, że śpię, rozpieszczałam się myślami o nas, karmiona ciepłem Twoich warg, jak ciepły wosk odbijających mi się na karku.
Nie chcę, żeby coś w Nas zginęło. Barykaduję się ciszą, planuję rozstawić mury obronne wypełnionego głupotami po brzegi czasu, by nie doprowadzać do kolejnych starć. Może to właśnie powód; nie potrafimy żyć osobno, ale ciężko nam znosić siebie na okrągło.
Cieszę się, że opóźnia się nasz wyjazd.
Ktoś niedawno stwierdził, że jestem czarownicą, gdyż od moich słów zależy, czy niebo rozpłacze się rzewnie. Mam nadzieję, że tymi kilkoma chmurnymi myślami nie wywołam wewnętrznej ulewy, przelewającej się niepowstrzymanie przez szczeliny oczu.