To już dziesiąty poranek po tym, jak napisałeś mi, że nie wiesz, czy coś z Twojej strony jest; że zależy Ci bardzo, jednak na moim miejscu nie liczyłbyś na zbyt wiele. To także jeden z tych zwyczajnych poranków, gdy drepcząc lekko, boso po zimnej podłodze, przynoszę ze sobą aromat kawy do pokoju, wracając
z kubkiem do rozgrzebanej pościeli. Śledzę przemykające ukradkiem myśli, tak pełne tęsknoty do tych słodkich nocy i późnych świtów, gdy co rusz składałeś czułe pocałunki na moim karku, a przebudzając się, delikatnie przyciągałeś śpiącą mnie ociężałymi, wciąż zniewolonymi snem, ramionami.
z kubkiem do rozgrzebanej pościeli. Śledzę przemykające ukradkiem myśli, tak pełne tęsknoty do tych słodkich nocy i późnych świtów, gdy co rusz składałeś czułe pocałunki na moim karku, a przebudzając się, delikatnie przyciągałeś śpiącą mnie ociężałymi, wciąż zniewolonymi snem, ramionami.
Niby niewiele się przez ten czas zmieniło - może za wyjątkiem faktu, że przyznałeś, iż Twoje poranki po wspólnych wieczorach także przynoszą ze sobą okruchy tęsknoty i że lubisz spacerować, nosząc na sobie mój zapach - jednak te brązowe oczy patrzą coraz cieplej, dłużej, uważniej; ramiona obejmują mnie wpół coraz chętniej i bez żadnego skrępowania (nawet przy chwilę wcześniej otwartej lodówce, którą po momencie nieuwagi zamknąłeś nogą, wciąż trzymając zaskoczoną mnie w objęciach), a usta napotykają uśmiechnięte wargi na swojej drodze częściej, niż niegdyś.
Plan sprzed dziesięciu dni był prosty: nie angażować się, nie wyobrażać sobie zbyt wiele, słowa, te najcieplejsze, nieustannie pchające się z uporem na usta - uśmiercić je bezlitośnie i sznurem oziębłości oplatać dłonie mocno, gdy spragnione Twojego ciepła znów zachcą sunąć niecierpliwie w kierunku Twojej skóry.
I ten, jak większość moich planów, żałośnie wygasł w obliczu rzeczywistości. Ale przecież nie mogło być inaczej - za bardzo cieszy mnie każdy z uśmiechów, których mnóstwo udaje mi się ostatnio wywołać na Twojej twarzy.
~ Heaven is a feeling I get in your arms